Lecę nad miastem, wściekła wykrzywiam twarz w grymasie bólu i niezadowolenia. Łóżko znów jest puste, rezydujesz już gdzie indziej. Poranek zapala blade, zimne światła, Ty w jej objęciach, w mojej głowie ciemność. W oknach wieżowców zasiadają roznegliżowane wiedźmy, śmieją się, wykrzywiają długopalczaste dłonie w wulgarnych gestach. Listonosz unosi zdumioną głowę do góry, widzi jednak tylko wypalone świece nieprzespanych nocy. Jestem tylko obłokiem, kotłuję się nad tym całym gównem. Dla mnie jednej to piekielne niebo jest zbyt rozległe. Tak naprawdę jestem sama i tak bardzo się boję następstw nygusostwa. Siedzę na taborecie bez trzech nóg i oparcia a siły niższe ciągną me oderwane od ziemi nogi.