Ad extremum ...

... zostałam sama. Ile można patrzeć na małą wskazówkę zegara goniącą tę mniejszą, istotniejszą w tym wypadku, oczekując na punkt kulminacyjny dnia. Żadnych obcych świadomości w moim pokoju przepełnionym czymś nowym. *uśmiecha się tajemniczo*. Mam Jacka Johnsona w głośnikach, w dłoni dumnie dzierżę herbatę karmelową z mlekiem. Wiecie - nie ma nikogo ani blisko, ani nawet daleko. Tylko jakiś dualistyczny twór co chwilę dotyka swymi wyimaginowanymi palcami moich warg zlewających się z kolorem cery. Wewnątrz mam niesmak brzydkich słów. A to za sprawą samych nieprzyjemności, do których nie warto wracać w tak cudowny wieczór. Mimo młodej godziny zdolności motoryczne powiek nie są tak dobre jak przed kilkoma godzinami podczas gdy inne części ciała też sobie nie szczędziły. Nieskazitelna harmonia. Aczkolwiek dotychczasowa harmonia legła w wielowymiarowym nieładzie, który zakłóca szablon mojego codziennego życia (którego w gruncie rzeczy nie mam). To co było dotąd ewidentnie jasne, zaszło w cień sporów i kontrastów, które nie nadają się do sukcesywnego rozwiązania, do żadnego w zasadzie. Zawsze pragnęłam takiego obrotu sprawy więc nie mogę narzekać. Rozum debatuje z sercem po raz kolejny. To umysł mówi : "Zawsze chciałaś uczyć się cierpliwości i opanowania.", zaś dualistyczny twór siedzący obok szepcze mi do ucha : :Tylko on w owej chwili byłby w stanie uczynić Twoje oczy rozpalonymi iskrami szczęścia." Jednak ja wolę trwać w aluzji mając na względzie bieżące okoliczności. Czuję się dobrze. Tak.

Nawet dla tych 13 osób posiadających dostęp na bloga, moja dzisiejsza wypowiedź jest zapewne enigmatyczna. Koniec podpisywania moimi słowami fotek, srotek, notek i innych kurestw oraz nieoczekiwanych wizyt członków rodziny. I tak mało komu ufam. Nie ma takiego bicia, dziękuję - dobranoc.