Jestem zapchana codziennością, nie robię nic ambitnego, efektywnego ani pożytecznego. Nie mam ochoty bez przyczyny podnieść ręki ani ruszyć nogą. Moje oczy bezpodstawnie wpatrzone są w okładkę albumu Johnsona, bo nie potrafię sobie wyobrazić rzeczywistej scenerii przepełnionej wiatrem, deszczem i innymi warunkami atmosferycznymi, które pozwoliłyby mi wrócić do normy. Założyć na nogi rolki, wsunąć pod siebie rower, wyjechać nad jezioro, wybiec, wypłynąć, wyjechać, wypełznąć w domu. Nie potrafię rozmawiać z ludźmi, moje słowa ograniczają się do wyrazów tak i nie. Nie jestem leniwa. Jestem wykończona nicością. Uciekam przed własnymi myślami bojąc się chaosu. Widzicie we mnie choć ksztę optymizmu? Jeśli nie to wszystko z Wami w porządku, jeśli zaś tak to należycie do mniejszości, widzącej nawet w przejechanym lisie piękno świata i moc szczęścia. Póki co idę trwać w codziennej beznadziei, rozwalając po drodze wszystko co wartościowe i ważne w moim życiu. Naprawdę niewiele potrzeba mi do szczęścia, zniosę różnorakie problemy, z którymi muszę zmagać się każdego dnia. Zniosę przykrości, troski i dylematy ale nie przeboleję tej pogody, przepraszam.

Pozytywna nuta, hm?