Patrzę na ludzkie oblicza, które w pośpiechu przemierzają szerokie ulice. Odgaduję co kryją ich usta skryte pod powszednim grymasem. Próbuję rozgryźć, co kryją ich oczy szczelnie schowane za ciemnymi szkłami. Próbuję odgadnąć co czują ich serca, skrywane same przed sobą odstawione na niższą półkę przytłoczone siłą chaotycznych obowiązków. Spoglądając na twarze ludzi pospiesznie przemierzających szerokie ulice, próbuję zrozumieć dlaczego moc duszy nie może przezwyciężyć siły argumentów. Czemu nikt nie potrafi otworzyć serca, otworzyć własnych myśli przed samym sobą. Dlaczego wszyscy zamykają oczy, serca i uszy kiedy po szerokich chodnikach błąka się miłość? Obserwując oblicza ludzi pospiesznie przemierzających szerokie ulice, wpatrując się w źrenice każdemu, przypadkowemu przechodniowi, patrząc na prozaiczne ruchy każdego z osobna i obejmując wzrokiem kształt całości jaki tworzą własnymi sylwetkami, odcinając się na ułamek chwili, w szklanym, pantomimicznym pudle, nie słysząc żadnych onomatopeicznych dźwięków rozpaczy, dopuszczając do siebie tylko własne odizolowane myśli. Jestem szczęśliwa bo ich nie znam.