Zaspana snuję się rozdarta na trzysta piętnaście śmiercionośnych mnie kawałków. Smród alkoholu zmieszanego ze łzami chlasta mi po twarzy i zapycha nos. Tlenu, tlenu. Noc dobija się do mnie wszystkimi możliwymi otworami i przeciąga się nad moim nagim ciałem. Rozwija swoje ramiona i dusi tym pierdolonym przepychem, zrywa ostatnie przebłyski wstydu. Z wulgaryzmami na ustach oddaję się jej w pełni, naga z umysłem pełnym pesymistycznych myśli. Cisza. W moich pustych oczodołach znów poniewiera się już tylko wiatr ze łzami i krwią. Upadły ostatnie krople deszczu a z nimi i ja, wszystko zaraz wyschnie, tylko po mnie nieszczęsnej pozostanie na bruku ulicznym, mokra bezkształtna plama. Zaraz ochłonę, wszystko się uspokoi a harmonii smaku nada kolorowa tęcza rodząca się nad moją głową. Będzie się uśmiechać a ja wraz z nią. Ja.

Kataklizm na skalę światową. Genetyczna kupa. Spójrzmy prawdzie w oczy, gówno Was obchodzą moje problemy i zmartwienia. Dzierżę kubek w dłoni tym razem mniej pewnie niż ostatnio, z każdą próbą wlania w usta jego zawartości wylewam na siebie płyn herbatopodobny, bezalkoholowy. Kolejny raz boję się jutra.