Na najbardziej oświetlonym odcinku gubię drogę, na tej najgładszej powierzchni. Zawsze najjaśniejsze okazuje się być ciemne, najpiękniejsze- ohydne, najszczersze, kumuluje w sobie obłudę. Tak po prostu, aby wyrównać bilans euforii i nieszczęścia. Właśnie dlatego jednego dnia staję na szczycie, aby upadek z niego był jak najbardziej bolesny. Na dzień dzisiejszy tłumy są mi najmniej potrzebne. Na dzień dzisiejszy pragnę zostać na dole z trzema do szczęścia mi potrzebnymi osobami. Od kilkunastu minut siedzę na informatyce i skubię kawałek białej nitki. Nogi wymykają się spod krzesła chcąc wyjść z sali niosąc mnie na dwór gdzie w powietrzu unosi się nieskazitelny zapach czegoś zwiastującego miłą (?) niespodziewajkę *piszczy jak dziecko*.
Dlaczego moje uszy ostatnimi czasy wypełnione są miłosnymi nutami. Zawsze gardziłam takimi piosenkami a teraz mogłabym ich słuchać jedna po drugiej niezależnie od nastroju. Taka moja jutjubowa lista...
Led Zeppelin - Since I've Been Loving You
The Cure - Pictures Of You / Love Song i Lullaby, która co prawda o uczuciach nie jest ale mogłabym oglądać ją i słuchać dniami i nocami *wzdycha*.
KISS - I Still Love You
John Lennon - Women
U2 - All I Want Is You
A na to, że słucham takiej a nie innej muzyki nie ma wytłumaczenia. Nie odwołuję ich do rzeczywistości choć mogłabym.
Nie mówiąc już o RedHotach o Myslovitzu, The Cranberries, którzy są właśnie w trasie, na której mnie nie ma. MGMT wydaje nową płytę za 5 dni, wszystko gra, wszędzie gra, mnie nigdzie nie ma bo godzina/minuta/sekunda to takie wstrętne jednostki czasu o nauce nie wspominając. Czy warto też wspomnieć o koncercie Metallicy (jakkolwiek się to odmienia), na którego RZEKOMO mam jechać w co szczerze wątpię i na koncert Sabatonka i Turbo w Malborku, który jest dla mnie stworzony bo i transport mam i pozwolenie mam i nawet nocleg, o doborowym towarzystwie już nie mówiąc =D Mniam. Teraz ujawnia się moja zmienność nastroju w przeciągu kilku minut.