Nagle wszystko minęło, ciało w pokracznej pozie zastygło na kilka chwil. Wtem otworzyłam oczy uświadamiając sobie wyuzdaną samotność, która mnie piecze. W pustych oczodołach poniewierał się już tylko wiatr, przeciąg chłodził moją, jak dotąd, rozpaloną skórę.
Za oknem burza, na ziemi kropla krwi.
Odzyskuję zmysły i uświadamiam sobie, że jeszcze przed kilkoma minutami wpuszczałam do nosdrzy niewyczuwalne zapachy, dotykałam nienamacalne ciało a teraz, zdaje się, piszę do kogoś niedostrzegalnego dla moich oczu.
Jest tak zimno.
Zamykam powieki z racjonalnym przekonaniem, że moje oczy ujrzą ukochane kształty gdy tylko do okien zapuka świt. Zasypiam ukojona spełnieniem Twoją obecnością. Ponownie przenoszę myśli do wymiaru gdzie mogę wznowić poszukiwania.