Jest kilka miejsc, których za wszelką cenę chciałam unikać. Garść punktów na tej Ziemi, z których na kilometr cuchnie Waszymi zmutowanymi komórkami. I choćbym wzięła paletę ze wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci, zieleni i błękitu nie byłabym w stanie, nawet nakładając po kilka warstw, udekorować Wasze marne oblicza i pomalować tą cholerną czarno-białą rzeczywistość. Choćbym wzięła tomik poezji, nie wskórałabym nic, przynajmniej najcudowniejszą muzykę we wszechświecie - nic. Szkoda czasu. Wasza mentalność przerasta moje wyobrażenie, próbuję bawić się w psychologa. Intrygujące z Was istoty, ale śmierdzicie szarością, nudą, monotonnością. Śmierdzicie nicością. Tak naprawdę nie istniejecie wcale, nie bytujecie. Na Waszych twarzach pojawia się tylko marna imitacja prawdziwych uczuć, prawdziwego życia. Patrzyłam na Was obojętnie, ocierałam się ramieniem o Wasze ciała. Promienie słońca w autobusie, w domu, na polu, nad jeziorem zabijały moją obojętność. W końcu Was pojęłam z paniką między palcami rzuciłam się do dzikiego biegu gdziekolwiek byle jak najdalej. Gdybym ze swoim charakterem wróciła do tamtych czasów, pozostałby mi tylko ruch wymiotny.
Wielkie poruszenie. Też mi coś.
Najpiękniejszy miesiąc maj?
* ironiczny śmiech *